Rozdział VI – „W służbie Jej Królewskiej Mości”

Filmy o Bondzie zawsze dawały wykazać się wyobraźni. Pierwsza scena, gdzie pojawiał się James była zazwyczaj ukazywana rzutem na łóżko, w którym ściskał intensywnie jakąś kobietę. Owszem, czasem były to sceny walki, wybuchające samochody, świszczące pociski i to, co przeciętny agent z licencją na zabijanie robi na przeciętnej, supertajnej misji. Tylko, że to płeć piękna pojawiała się co kilka scen, a Pan 00 potrafił strzelać, wysadzać, bić się, a nie był w stanie oprzeć się urodzie kobiet. Najśmieszniejsze jest to, że film kończył się łóżkowym ju-jitsu. Kreatywność sprowadzała się do powtórzenia początku filmu. Ona – niczym wyczekane trofeum za celność i parę innych, niebezpiecznych i „agenckich” zadań. Zrobione. Świat ocalony, M uradowana(y), Bond zaliczył.
Gdy Roztocki zaczynał studia sądził, że każdy w życiu rodzi się z misją. Może ją wypełniać bądź zaniechać. Po prostu – po coś istnieje, musi to tylko zdefiniować i powoli dążyć do tego celu. Poświęcał wiele czasu swoim uczniom, liczył się z ich zdaniem, a każda z jego lekcji potrafiła ukraść uwagę nawet najbardziej biernych słuchaczy.
Był dumny ze swojego wkładu w powodzenie misji. Do tego stopnia, że będąc opiekunem samorządu podsunął pomysł rankingu najlepszych nauczycieli.
Był pierwszy. Uśmiechnięty. Spełniony.
Roztocki jednak różnił się od Bonda. Był stały. Kochająca żona była jego oparciem, podczas gdy Anglika nie mógł ograniczyć małżeński kierat. Może nie te predyspozycje. Wiara w telegonię albo po prostu… miłość.
Misja upadła. Pomimo tego, że sympatię wydawały się nie mieć końca, jedna z klas drugich nie polubiła Roztockiego. Wycinali mu chamskie żarty: jak nie klej na biurku, do którego „przyłączył” dłoń, to wychodzenie zbiorowo z lekcji (ostentacyjnie, wszyscy w szeregu, dopiero gdy wszedł do klasy),  Bowtrol w kawie kończący się godzinną toaletą i gąbki pomiędzy futryną a drzwiami, spadające po pchnięciu drzwi niczym ostrze kata. Czarny, drogi garnitur kontra pył z tablicy 1:0.
Jako nauczyciel numer jeden Zespołu Szkół Ekonomicznych, wspaniały przyjaciel (nie odmawia pomocy) nie mógł powiedzieć „nie”, gdy wychowawca 2H zaproponował mu opiekę na wycieczce. Pomyślał, że „to tylko klasa, każdego da się do siebie zbliżyć, najgorsi próbowali się oprzeć urokowi dobrego nauczyciela” i zgodził się okiełznać młodziaków.
W jego krótkim, pozytywnym życiu to była druga najgorsza decyzja, zaraz po wejściu do pokoju dziewczyn. Leżała, przykryta dwoma kołdrami, wystawał zaledwie nos i blond grzywka. Zawołano go, bo „Kasia się źle czuje”. Marek, fizyk i wychowawca w jednym, zabrał połowę grupy do muzeum. Druga zaś marudziła o tym, że chcą odpocząć i zostać. Rozdzielili się obowiązkami. Wszedł do jej pokoju, wszyscy wyszli i zostali sami. Zaczęła go uwodzić, delikatnie smyrać po ręku, potem zjechała na udo. Pocałowała go z zaskoczenia. Oburzył się i wyszedł. Nie wiedział, że próg pokoju może być bramą do piekła.
Nagrali to. Zmontowali. Pokazali dyrekcji. Młoda okazała się być córką prokurator. Ta nie dała nawet dojść do słowa. Afera skutkowała wyrzuceniem, sprawą sądową o molestowanie i nauczycielskim ostracyzmem. Odcięli się wszyscy. Najlepsi przyjaciele, uczniowie. Żona. Wszyscy.
Wyjechał na pięć lat układać życie na terytorium Albionu. Wrócił. Zrobił doktorat, obronił się, postarzał. Tylko ta iskra, która miała palić synapsy głodnym nowych informacji i wiedzy słuchaczom, zgasła.
Pomyliłem się. Bond kochał jedną kobietę – Vesper Lynd. Zabrano mu ją. Nieważna adaptacja Casino Royale, w każdej ginie i w każdej tak naprawdę ktoś mu ją kradnie.
Kradnie nadzieje na szczęście i powodzenie naszej misji…

Rozdział V – „Haust powietrza”

Dawno temu w Japonii wierzono, że aby budynek był bezpieczny i nie uległ zniszczeniu nawet podczas powodzi, należało umieścić w jego murach człowieka. Zwyczaj ten praktykowany był do XX wieku. No i jeśli wierzyć w zjawiska paranormalne, to w tychże miejscach objawiały się duchy zamurowanych nieszczęśników. (Jak dla mnie jest to na tyle logiczne, jeśli wziąć pod uwagę wiarę w duchy. Japonia to jednak specyficzny kraj). Chyba bardziej humanitarnym „zabójstwem” było wbij?anie kołka w ofiarę u Azteków i przelanie jego krwi. A gdyby to przenieść do czasów teraźniejszych…?
Związek damsko-męski, jak dla mnie, opiera się na tych samych zasadach, co budowa domu. Na początku znajdujesz działkę – idealna lokalizacja, Twoje wymarzone „parę” arów. Potem zaczynasz stawiać fundamenty. W zależności od podmokłości terenu wyznacza się głębokość fundamentu. Gdy już je wykonasz dochodzą ściany. Muszą być proste, solidne, by z domu marzeń nie powstało gruzowisko bez nadziei. Na końcu jest dach – chroni przed deszczem, mrozem i wieńczy dzieło. Et voilà!
Jeśli chodzi o relacje kobieta-mężczyzna proces ten jest dokładnie taki sam.
Działka – na początku znajdujemy kogoś, kto się nam podoba i z kim możemy „zabezpieczyć” swoją przyszłość.
Fundamenty – są to wszelkie dotarcia się. Ustalenie pewnych granic, pewnych zasad. Zdrowe fundamenty, jak i zasady, umacniają tę więź i tak naprawdę na tym etapie dowiadujesz się, czy jesteś w stanie cokolwiek zbudować (jeśli fundament podchodzi wodą, bądź są tąpnięcia terenu, będziemy musieli wycofać się z tego pomysłu).
Ściany – jest to okres, w którym przychodzi największa inwencja twórcza. Możemy je malować na każdy kolor, ale wybieramy czerwień. Tak naprawdę wygląd pomieszczeń oraz elewacja zewnętrzna odzwierciedlają osobowości domowników. Czy są to osoby ciepłe, pogodne i uśmiechnięte, albo humorzaste, kłótliwe i wiecznie wściekłe. Łączy niebo i ziemię.
Dach – jako, że jest to finalny poziom, to każdy etap idealnie komponuje się ze sobą. Ściany spotykają się z zadaszeniem u góry, a z fundamentami u dołu. A to wszystko znajduję się na działce – takie wymarzone „poletko”. Mała Arkadia. Wszystko idealnie ze sobą współgra, tworząc całość.
Myślę o miłości wychodząc od kobiety, którą spotkałem przypadkowo w bliżej nieokreślonej lokalizacji. Ba, nawet wyszedłem od niej z domu nie żegnając się, nie dając znaku, że opuszczam to przyjemne, RÓŻOWE gniazdko ze swoich męskich, nielogicznych powódek. Sądzę, że bałem się poświęcenia, „zamurowania” mnie w tym domu, żebym oddał duszę tej kobiecie. Oddał też swój czas, znajomych (których i tak nie mam, prócz Adiego) i żył w tej izbie być może do końca swoich dni.

Bar Mleczny to taka zabawna instytucja. Impakt biednych, niezamożnych i często brudnych ludzi kontra Ci bardziej zamożniejsi, chcący zaoszczędzić na jedzeniu. Ciężko mi stwierdzić, do której kasty należę, skoro aktualnie jestem bez dachu nad głową (analogia to wyższego wywodu). Smulewicz, jeśli czegoś szybko nie wymyślisz Twój status społeczny z tego bardziej zamożnego spadnie do poziomu biedy. Nie było mi dane żyć w luksusie, ale starałem się dostarczyć sobie wszelkich potrzebnych przyborów do życia. Nigdy mi niczego nie brakowało.To chyba najważniejsze.
Podczas, gdy zamawiałem pierogi ruskie (jedyna zjadliwa potrawa), zadzwonił telefon:
– Tak słucham? – odebrałem, dysząc przy tym ciężko.
– Jak tam noc z Marzeną?
Po drugiej stronie słuchawki był Adi. Miał takie same problemy ze złapaniem oddechu (owszem, wczoraj można nazwać „maratonem po barach”, ale kto by pomyślał, że to nas tak zmęczy).
– A więc tak miała na imię! Miałem już wziąć kalendarz i szukam losowych imion jako poszlak!
– Mariusz, jebać. Mieszkam na Francuskiej 26a/4. Zapraszam na piwo i kiełbaskę.
– No spoko, odbiorę tylko z dworca torbę, zostawiłem ją w przechowywalni bagażu. Będę za jakąś godzinę.
Po tej rozmowie nawet lepiej mi się oddychało i jakoś parszywy humor wrócił na swoje.

Dokończyłem pierogi, odniosłem talerz do okienka i udałem się w kierunku dworca. Najgorsze w tym wszystkim jest to. iż jakieś dwadzieścia minut temu odkryłem swój strach, że przywiążę się do kogoś. Po prostu zamurowało mnie.

 

Rozdział IV „To tylko Głód, Smulewicz…”

Czytałem kiedyś relacje ludzi, którzy pojechali na „wycieczkę” do Korei Północnej. Tenże rarytas kosztuje niebagatelne pieniądze, których na oczy, jako jednej sumy, widzieć mi nigdy dane nie było. Relacjonujący Pan, opisywał koszmarny obraz ludu, który łowił ryby w porcie Wonsan, w prowincji Kangwŏn. Obraz, jaki nakreślił, dał mi cholernie dużo do myślenia. Łowienie ryb u nas to zajęcie czysto rekreacyjne. Dla nich jednak miało zgoła inny cel. Sztuka, która się „nawinęła”, od razu była pozbawiana głowy, wycinano jej wnętrzności i konsumowano surową. Owszem, to kraj orientu, a więc można to połączyć z zamiłowaniem do sushi. Błąd. To był głód. Tak samo jak po nocy, która była mozaiką i swoistym kolażem po barach.
Nie była piękna i cudowna, daleko jej było to kobiety z okładki „Playboya” i nawet w głębi duszy się zastanawiam, leżąc i szukając odpowiedzi w białym suficie, co mną kierowało. A, no tak… Głód.
Jestem okrutnym lekkoduchem, z taką łatwością zestawiać te dwie skrajne sytuacje, które dzielą nie tylko kilometry, ale również waga głodu. Z tym, że ciężko się nie zgodzić – dla dostarczenia potrzeb fizjologicznych zrobimy wszystko. Taka natura. Pech chciał, że w ramach tychże potrzeb łapie się prokreacja, w wolnym tłumaczeniu seksualne doznania, jak i posilanie się.
Zabawne, ale w wielu sytuacjach, czułem się niedoceniony. Niedocenienie ma swój jedyny, niepowtarzalny benefit. Zawsze jeszcze możesz zostać doceniony, poczuć smak wygranej, zyskać uznanie większości albo przynajmniej korzyści płynącej z dołączenia do elitarnego grona, do którego każdy chce mieć dostęp. Tej nocy zostałem doceniony, przynajmniej tak myślałem. Ona, wybrała mnie spośród grona innych, głodnych tych samych fantazji, samców alfa. To zwycięstwo i nawet będąc zalanym w trupa, ta informacja przemknęła przez moją korę mózgową. Chociaż, poczułem się trochę jak w tych filmach, w których nie masz wyboru i musisz zaakceptować współpracę z kimś, kogo nie znasz, a sam najpewniej ma w tym interes. Dla pokonania wspólnego wroga (tj. głodu). Nawet nie masz pewności, czy ta druga osoba Cię nie wyrucha, nie wbije noża w plecy, nie sprawi, by to, co nazywasz koszmarami, zarejestrowała siatkówka Twojego oka i czy Twoja godność nie straci na wartości. Gorzej – czy sam nie stracisz głowy dla sprawy… (P.S. Właśnie przez przypadek streściłem fabułę trzech pierwszych sezonów „Gry o Tron”).
Byłem całe życie w błędzie, uważając, że skrzywdzili pantery, tworząc jedną różową. Po wystroju pokoju (pierdolony róż dominował i gdyby mogła szyby byłyby w tym samym odcieniu [różowy to nie kolor, to odcień, takie mam zdanie]), oświadczam – to nie mieszkanie Adiego.  Musieliśmy się rozdzielić wczoraj, jakoś. Ciężko zweryfikować cokolwiek. Wczorajsze wydarzenia to trójwymiarowe puzzle – nie mogę wyłapać wyraźnego obrazu. Oby nie miał mi za złe tej nagłej zmiany legowiska.
Chrząknęła. Uznałem to za romantyczny gest, który nieświadomie miał przerwać moje rozmyślania. Na szczęście spała dalej. Powietrze było tak gęste od alkoholu, że nim dźwięk na dobre rozprzestrzenił się w ścianach tego drugiego domku dla lalki Barbie, został stłumiony przez opary etanolu.
Wiem, to było strasznie tchórzliwe – wymknąłem się cicho, niczym skrytobójca po wykonanym zleceniu, zabijając ostatnie nadzieje, że mógłbym wnieść swoją dupę na stałe do jej łóżka. Ubrałem buty i wyszedłem. Mam nadzieję, że nie miała w planach jajecznicy i kawy na powitanie po upojnej nocy. Nie lubię zawodzić ludzi, ale są jak rentgen – bardzo pomocni w diagnozowaniu przyczyny bólu, tylko co za dużo, to niezdrowo. W drodze na dół (z trzeciego piętra na parter), myślałem, czy będzię się czuła wykorzystana i czy mam cokolwiek na swoją obronę.Nim pokonałem ostatnią serię schodów przyszło mi do głowy rozwiązanie – ja przecież nigdy nie doceniałem. To mój prywatny wstyd, tak sądze.

Rozdział 3,5 – Zmienność

Zabawne, ale jak byłem nastolatkiem, naszą ulubioną zimową zabawą był alkohol. Brzmi trywialnie, ale w czasach przejściowych – z władzy na władzę, z telewizora na komputer, ze stacjonarnego na komórki, z nastolatka w dorosłego, my także musieliśmy zamienić popularną „zośkę” czy wertowanie kartek na coś bardziej „ekskluzywnego”. Pamiętam moją pierwszą dziewczynę. Była naprawdę ładna. Ja byłem zakochany Zakochany, powtórzę. Jednakże, jak to bywa w pierwszych miłościach – się nie docenia, bo można niby mieć więcej. Dogonił nas ten sam pęd. My poszukiwacze szczęścia, czy chociaż mocniejszego pierdolnięcia. My. Kontra zdolność do wyrzeczeń, brak zawodu rodziców, czy chociażby stopnie w szkole. Było 1:0. Nikt nie kwestionował wyników, to wtedy nie było modne. Modne było za to, by gdzieś wyjść, mieć więcej niż dwie dyszki w kieszeni i próbować nowych rodzajów alkoholu. Zmieniały się tylko etykietki.
To było głupie. To było drugą, najgłupszą akcją w życiu. Na pierwsze miejsce zasługiwało coś zupełnie innego. Było śmiesznie, do czasu, gdy policja nie zastała nas, palących sobie „marihuanen” pod wiaduktem. To było głupsze. O wiele głupsze.
Zauważyłem jedną zależność. W raz z wiekiem, nie zmieniały nam się nawyki. Raczej nie.Raczej, zwiększaliśmy tylko ilości, na pewno nie nawyki. Nie, nie. Rosło ogromnie zapotrzebowanie na PIENIĄDZE.
Pieniądze są jak powietrze – gdy masz ich za mało, to zaczynasz się dusić, gdy masz ich w sam raz to nawet ich nie zauważasz, gdy masz ich za dużo zaczynasz się nimi zatruwać. Niby nigdy mało powietrza, pieniędzy tylko…. To nie tak. Czułem się jak władca mający niesamowicie wiele wojska i prący ciągle na przód, po nowe ziemie. Im dalej, tym większa pewność wygranej, nim ktoś nie zaskoczy mnie w iście „termopilowy” sposób. Będąc młodym, powtarzałem sobie, że „czas na stabilizację”.Kurwa, byłem pyszny. Zżarła mnie pycha na tyle, bym mógł twierdzić, że mogę ustabilizować coś tak nieprzewidywalnego, twór tak wysoce niestabilny, niepewny, zgubny nie raz. Życie.
Zabiłem w sobie moralność, stawiając racjonalizm ponad każdą intuicyjną iskierkę. Byłem w tym, goniłem ku temu, broniłem tego. Właściwie, wystarczyło tylko być. Reszta sama przychodziła z mniejszą bądź większą inicjatywą. Nauczyłem się nie kochać. Moja nie-miłość miała swój upust w nie-smaku, nie-pewności i nie-moralności. Po latach, mogę tylko domniemywać, że powinienem zmienić cząstkę. Zamiast „nie” wstawić „bez”. Bezsilność.
Prawie Werter, tylko mimo wszystko BEZ śmierci. Zabawne… Właśnie zaczął kwitnąć czarny bez, siedzę w bezrękawniku, bez wyraźnego konturu tego, co dalej. Magia chwili, czy coś tam.
Na koniec cisną się tylko słowa Jana Izydora Sztaudyngera.
Stabilizacja motylka to szpilka.

Rozdział III – Zmiany gonią zmiany

Zielona Góra, gdzieś w grudniu, któregoś tam roku. Dzień, który przetasował i rozdał karty. Ubierał się luźno. Niegdyś się nawet nad tym zastawiał i to wcale nie było przez kulturę Hip-Hop, trendy; to nie to. Chciał być wolny, by nic go nie ograniczało, ot, taki bunt młodzieńczy. Szedł ulicą Kupiecką, centrum miasta Zielonej Góry. Starał się zachowywać tak, jak element tych kamienic – wtopić się w nie jak w metal, naśladując kameleony. Szarość, która panowała wokół uświadamiała mu, że jednak mógłby być ich częścią, ale za nic nie oddałby im duszy. Raz już oddał, kobiecie. To był jeden z tych wyborów, w których przeklinasz siebie, swoje decyzję, świat i najczęściej po niej nie zostanie Ci nic prócz wspomnień, fotografii, prezentu na Walentynki i fajki w dłoniach…
Był stałym bywalcem baru, ukrytego pośród szarej poświaty przypominającej lnianą narzutę, wśród cienia, który padał tu zawsze, niezależnie od położenia słońca na niebie, okrytego przez opinię publiczną mianem: „obiadów czwartkowych marginesu przy wódce”. Wszedł do zadymionego pomieszczenia. Przypominało bar z pierwszej poł. XX wieku. Za barem stał łysy, krępy, „co to go się można przerazić w nocy” człowiek. Spojrzał na niego, wydusił najbardziej melancholijny uśmiech, jaki dał się stworzyć ze ściśniętymi szczękami i wydusił z siebie:
– To co zawsze?
Miał chłodny głos. Pomiędzy Lindą a Knapikiem. Tak samo jak oczy. Niby pełne zrozumienia, jakby zaglądały w każde inne i wiedział, po co tu przyszli. On im tylko odejmował cierpienia i dodawał kolejne trunki do rachunku. Nic ponad to.
– Tak, rudą proszę…
Nalewał niedbale, jakby każda kropla była mu obojętna. Rzucił tylko krótkie „7 złoty proszę” i podał dwie czterdziestki. Wypił na raz. Przy drugiej wyglądał, jakby się delektował. Każdą kroplą. W końcu był to tylko jeden łyk. Dzisiejszy dzień był jednak bardziej inny od reszty. Nawet Ci najbardziej obojętni (a było ich tu tak wiele), zauważyli, że On na coś czeka. Bardziej na kogoś, mea culpa. Myślał, za co tak nienawidzi wódki. Jedynym argumentem było to, że wyostrzała nasze pragnienia a zarazem tępiła zmysły. Potrafiła pomóc nam wyliczyć nasze wady, jednocześnie maskując niepowodzenia, odrzucenia, porażki, błędy. To uderzało w Jego ambicje, pozostawiając tylko brud, który swoją ciężkością sprawiał ból. Wymywał go codziennie rano pod prysznicem. Ludzie dali mu tak krótką nazwę, by jej nie zapominać, a zarazem zapamiętać i móc wypowiedzieć przy bezwładnym ciele i nasilającym się z każdym nieudanym ruchem, bólem głowy – kac. Nagle spojrzał w stronę zawsze otwartych drzwi. Jego gość wszedł do baru. Zmienił się.

ROZDZIAŁ II – nowy etap?


                                                                 Nowy etap?
Claude Monet podobno zaczął tworzyć impresjonizm przez to, że patrzył na poruszające się pociągi. Pędziły szybko, rozpływając mu się w oczach. Gdyby żył w obecnych czasach w Polsce, musiałby mieć coś ze wzrokiem, bo pędzące pociągi, rozmazany obraz i niewyraźny kontur pociągu, to najwidoczniej nie była domena PKP oraz trasy Wrocław Główny – Zielona Góra. Oj, na pewno nie… Podróż dłużyła mi się, w wagonie przeżywałem „przesilenie” potencjalnych zadowolonych pasażerów, którym z każdym kilometrem spadał humor, energia i chęć rozmowy, a płaczące dziecko obok młodej matki tworzyło niesamowitą ścieżkę dźwiękową do tego dramatu. Nic, tylko nagrywać!
Co bardziej złośliwi twierdzili, że „paszport się w kieszeni otwiera” widząc stan kraju, polskiej infrastruktury, kolei, dróg, autostrad, a polski rząd „zastał Polskę murowaną, a zostawił drewnianą”. Osobiście tak nie uważam… Chociaż mogłoby być lepiej, to nasz kraj jest piękny. Może dlatego, że możemy o nim powiedzieć „nasz”? Nie dzielimy go z Rosjanami, Niemcami i innymi przyjaciółmi, którzy chyba bardzo polubili naszą kulturę, bo jak historia pokazuje, wracali na nasze ziemie, a nikt im nie wysyłał imiennego zaproszenia.
Gdy mówiłem to współpasażerom, nie za bardzo podzielali moje zdanie i optymizm. W końcu musiałem być cicho, to nie miało sensu. Czułem na sobie wrogość spojrzeń za moje przekonania. Od czasu przeprowadzki do Wrocławia, nie zdarzyło mi się fraternizować z kimś na tyle, by móc z nim swobodnie porozmawiać o tym, co myślę.
To było obce. Czułem się, jakbym pierwszy raz mówił po polsku, znając język na poziomie możliwości wyrażania myśli, ale NIGDY, powtarzam, nigdy go nie użył.
Ta ich wrogość, ignorancja…To jest nabyte, czy wrodzone? Bałem się zapytać, bo z tak przerażającym wzrokiem i Bóg wie jakimi myślami, wysiadłbym parę stacji wcześniej, niż planowałem…
– Nie martw się, ja Cię rozumiem – poparł mnie siedzący naprzeciw mężczyzna – nie zrozumieją tego, że możemy cieszyć się wolnością, życiem i własnym językiem.
O, kurde. Tego się nie spodziewałem. Już wiem, jak się czuje Korwin-Mikke, gdy na sto osób popiera go jedna. Nawet jeden głos wtedy cieszy. Wywołał we mnie zdziwienie… Ubrany był w gustowny, drogi sweter, jeansy Lee i koszulę Vistuli… Dochodził do pięćdziesiątki, miał poczochrane, przyprószone siwizną włosy, niski, tubalny głos i nie ma co ukrywać – chyba lubił „strzelić” sobie pięćdziesiątkę na start. W ręku trzymał książkę Freuda. Myśliciel rewolucjonista, hę? Wyglądał jak stereotypowy pisarz z okładki miernego czytadła: dobrze ubrany, nieobcięte włosy pozostawione w nieładzie, lubiący popić… Nie miał na ręku obrączki. Może był singlem, może wdowcem albo po prostu nie nosił, ot, taki kaprys? Starałem się wyciągnąć wnioski… Jego styl życia niszczy mu życie, albo to życie dawno zniszczyło jego i szukał innego sposobu bycia niż ten, którym żył dotychczas? Nie, Smulewicz. Za daleko wybiegasz myślami, ale… wydawał się ciekawy, bynajmniej ciekawszy, niż tułaczka i pasażerowie.
– Do niektórych to nie dociera, pewnie nigdy nie dotrze. Woleliby PRL i czasy, gdy Polska nie znała jutra. Były to dla nich pewniejsze rządy. – odpowiedziałem ironicznym tonem.
O czym ja mówię? Moja polityka i socjologia do niedawna, to tylko komentarze „Nauczyciela” i „Jasia Śmietany” na Onecie (czyt. zgromadzenia wszelkiej anty-inteligencji narodu). Chyba dobrze improwizowałem, bo przytaknął i kontynuował:
– Mamy taką bezlitosną pewność, że racja jest właśnie po naszej stronie, mentalność ludzi, którzy stanowią naród w tym kraju, ma specyficzne zepsute poglądy, którymi kierują się, popierając irracjonalne jednostki i tyle.
Jest pisarzem. Musiał nim być… To jak z tymi talerzami w knajpie – on miał rozwalone po całym talerzu jedzenie, jakby szukał w nim jakieś tabletki, czy innego specyfiku-trucizny, przy tym samemu nie brudząc sobie rąk. Próbował zrozumieć świat, wysuwał tezy, podtrzymywał je, argumentował. Bezkompromisowo. Bez możliwości porażki. Pewna, chłodna ocena. Bogaty język wypowiedzi sugerował dobre wykształcenie. Marzyciel nienawidzący systemu, toksycznych ludzi i braku sensu – racjonalizm bez bycia chorągiewką. Lubię to.
– Pewnie masz rację. Nie zastanawiałem się nad tym aż tak dogłębnie – wydusiłem te słowa po tym, jak przemyślałem swoją kwestię dokładnie i starałem się ostrożnie dobierać słowa, by nie wejść w konflikt z kimś, kto stał się moim autorytetem w zaledwie minutę i pracując na to kilkoma słowami.
– Może i mam, może i nie mam. Nie mnie to oceniać.
Chłodno, ale dalej pewnie. Ta odpowiedź insynuowała, że mimo wszystko wiedział, że miał rację. Nie przyznał tego głośno. Nie potrzebował rozgłosu, by istnieć, potrzebował myślenia. „Myślę, więc jestem” – kartezjański ideał człowieka.
– O, Głogów. To moja stacja. Dziękuję za tę parę wymienionych zdań, trzymaj się, młody człowieku.
– Ja również dziękuje, panie…?
– Roztocki – odparł, po czym dodał – a jak Ty się nazywasz?
– Smulewicz. Mariusz Smulewicz – chciałem, by to dumnie zabrzmiało, a nieświadomie powieliłem tylko schemat znany z Jamesa Bonda.
– Ciekawe nazwisko i myślący człowiek.
Myślący i ciekawy? Powiedziałem tylko parę słów, w żadnym nie określiłem, co tak naprawdę myślę i dlaczego wciąż patrzę w jego chłodny wzrok… Próbowałem przewidzieć, co powie, czy może raczej szukałem odpowiedzi na jego pytania?
Nie pytał… On do cholery nie pytał! Dlaczego nie zapytał mnie, co o tym myślę, dlaczego nie drążyliśmy tematu. Nie, powodem nie była stacja. Musiał wiedzieć, że jestem zagubiony, nie mam pracy i bladego pojęcia o polityce.
Kontynuowałem swoją podróż w ciszy, myśląc o sytuacji sprzed paru chwil i podziwiając krajobrazy. Oczywiście, PKP zadbało o to, bym niczego nie przeoczył… Pociąg poruszał się z prędkością biegu mało wysportowanego maratończyka. Mijałem zaniedbane stacje, niewyremontowane domy, małe miasteczka, których nazw nawet nie znałem i nie zapamiętam, aż w końcu dojechałem. To miasto wyglądało trochę inaczej… Było bardziej… smutne? Znałem je na pamięć, trochę przez drobne zboczenie. Gdy wyjechałem, wchodziłem na Google Maps i dokładnie przybliżałem sobie zdjęcie Zielonej Góry zrobione z satelity, by przypomnieć sobie miejsca, w których byłem, kluby do których chodziłem, szkoły, parki… Tak co najmniej dwa razy w tygodniu. Nieraz bez celu, tak po prostu. Nie umiałem do końca zerwać więzi związanej z tym miastem. Stawiając pierwsze kroki po zielonogórskim peronie chciałem krzyknąć: „Wróciłem do domu!”, ale rozsądek mnie powstrzymywał. Była godzina 15:34, jeszcze sporo czasu dzieliło mnie od spotkania. Postanowiłem coś zjeść. Obok stacji był bar „Turysta”, którego ceny prosiły o to, by to właśnie tam spożyć obiad. Zamówione pierogi, na które czekałem piętnaście minut, przypomniały mi czasy, gdy jeszcze chodziłem do technikum i to właśnie tu się stołowałem w wolnej chwili. Usiadłem, nieświadomie, w tym samym miejscu, co zwykłem siadać trzy czy cztery lata temu. Może to właśnie tu jest moje miejsce, moja mała „ojczyzna” i to dlatego tak wzięło mnie na rozmowy o państwie w pociągu? Nie, nie, Smulewicz. Rozczulasz się. Jesteś tu czysto w interesach i tak pozostanie. Uśmiechnąłem się… W końcu wróciłem do domu, prawda?

 

Zaginiony

Rozdział I
POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

Każdego człowieka można poznać po naczyniu, na którym jadł. Zabrzmi to dziwnie, ale pracując już trzy lata w tej zatęchłej knajpie, potrafię poznać człowieka po resztkach jedzenia, ułożeniu sztućców, czy stopniu po miętolenia serwetki. Czułem się jak Sherlock Holmes od kuchni. Tysiące ludzi przewinęło się przez tę salę, siadało na tych krzesłach, patrzyło w ten sufit i jadło te żarcie.
Nie zasługiwałem na pracę w takim miejscu. Nie z punktu widzenia wiedzy, którą posiadałem. Moi rówieśnicy kończą pewnie szkoły, może niektórzy założyli rodziny, Ci bardziej ambitni poszli na studia, a ja tu siedzę bez uśmiechu, jak taki błazen, pożal się Boże, Stańczyk…
Mój dzień zamyka się o 18, a zaczyna o 8. Chyba w tych godzinach robię najwięcej ruchu. Czuję się wtedy jak pływak, który dostaję szanse na złoto, a i tak nic nie przywozi i liczy, że następna szansa będzie tą wyjątkową i owocną. Poza tymi ramami czasowymi czułem się niepotrzebnym „polskim Hamletem”, który nie miał nic innego do roboty prócz jedzenia czipsów i oglądania na Eurosporcie pokera Texas Hold’em (tak, jestem hazardzistą). Nudny człowiek, trochę.
Wychodząc z pracy, uciąłem sobie małą pogawędkę z Tomkiem, kucharzem:
– Wyjdziemy dziś na piwo, w końcu dzień wypłaty? – zagaiłem.
– Nie, dziś mam za dużo na głowie, stary.
On nie ma przyjaciół. Na sto procent nie ma przyjaciół. To nawet nie byłoby możliwe, żeby miał przyjaciół, bo gdyby miał przyjaciół rozmawiałbym z nim częściej niż raz w tygodniu i nie byłaby to rozmowa z serii „podaj mi patelnię, umyj ten nóż”. Jak można nie mieć przyjaciół? To trochę tak jakby nie mieć rodziny. Chociaż, gdy ktoś nie ma rodziny, domem nazywa to miejsce, w którym ktoś o Nim myśli, przynajmniej z reguły sobie to tak tłumaczyłem. Nie miałem domu. Nigdy nie nazwę tego „domem”. To raczej było miejsce moich spotkań z „matką” i „ojcem”. Smutna prawda, ale jak tak patrzysz z dystansem, to da się przyzwyczaić. Musiałem dawać radę i żyć na własną rękę. Byłem okropnym synem. Chciałem być prawnikiem, nauczycielem, albo psychologiem, ale coś mi chyba nie wyszło w życiu i zostałem kimś na wzór popychadła bez skończonej szkoły. Wyrzucili mnie z technikum za nieobecności. Zdałem wszystkie przedmioty na co najmniej 3, ciężko było mnie zagiąć, ale wyrzucili mnie, bo trzymali się zasady – „kto opuści 60 godzin zostanie wydalony”.
Zasady… No właśnie, ich w życiu nie lubiłem najbardziej . Zasady są po to, by bronić człowieka, zapewniać mu bezpieczeństwo, możliwość bytowania w świecie. Tu chyba pomylono trochę moją definicję, robiąc z zasad coś, co mogłoby zaszkodzić mi – dziełu Stwórcy. Dając mi do myślenia, że dalej ktoś stoi nade mną i niekoniecznie popiera to, co robię, nie dając mi wolnej ręki, nawet wolnego palca, czy paznokcia! To taka klatka, którą rozumieć można w dwuznaczny sposób. Pierwszym znaczeniem jest klatka, w której mnie zamknięto. Szczelna, zbudowana specjalnie pod moje wymiary, bym nie mógł za bardzo się rozpędzić i próbować głową zdziałać cuda. Jestem jak ptak, który chce polatać, ale Ci na górze tego nie chcą. Drugim zaś jest klatka, taka jak w kliszy. Widzisz w niej kolorowy świat, ale tak naprawdę się nie zmienia. Jest tym samym obrazem – monotonnością pomieszaną z potrzebami fizjologicznymi, odrobiną zabawy i ziarnem użalania się nad sobą.
Idąc ulicami Wrocławia, goniąc za marzeniami, lepszą pracą, dogodnym życiem, czy sklepem z tańszym piwem… Właśnie! Warto nadmienić, że od tego momentu (tak, tak – dobrze się wczytajcie, bo to był ten przełom, na który czekałem pieprzone trzy lata), byłem innym człowiekiem. Nie, nie zmieniłem aparycji, nie kupiłem konsoli, nie znalazłem portfela z pieniędzmi, kuponu na loterię, nie wpadłem na to, jak zażegnać konflikty w Iraku. Żaden z tych genialnym pomysłów … to nie to. To było jak oświecenie, nagły przypływ mówiący: „zrób to, zanim stwierdzisz, że to bez sensu”. Zrobiłem to. Dokonałem czegoś, co przez trzydzieści sześć miesięcy było Mount Everestem dla moich ambicji. Wyciągnąłem telefon, zmarzniętą ręką znalazłem numer Szefa i przeprowadziłem błyskawiczną wojnę, mój upragniony blitzkrieg z przełożonym:
– Odchodzę, to moja ostateczna decyzja – mówiłem pewnym głosem, jakbym przed rozmową doładował się alkoholem.
– Dlaczego? Masz świadomość, że nie będzie odwrotu? – odparł Szef, zaciskając przy tym lekko swoje zęby, jak to miał w nawyku, gdy coś nie szło po jego myśli.
– Mam tego świadomość, ażeby mnie nie korcił powrót, to muszę Ci powiedzieć, że jesteś najgorszym pajacem jakiego spotkałem w swoim życiu, kretynem, jedynym takim w tym świecie, bo przecież Bóg nie myli się dwa razy. Nie potrafisz zarządzać własną „budą z żarciem”, skazujesz ją na porażki i obwiniasz o to pracowników, który muszą zapierdalać jak mrówki pod Twoimi dyrektywami… A no tak, byłbym zapomniał… Twoja żonka przespała się już z trzema robakami, jak to zwykłeś nas nazywać, na spotkaniach świątecznych. Nauczyłem się wtedy sztucznego uśmiechu i składania nieszczerych życzeń, a to przydatna cecha, za to nawet Ci podziękuje. Mam nadzieję, że dotrze to do Ciebie, Szefie.
„Poleciałem po bandzie”, nie ma co. Właśnie o to mi chodziło. Byłem pod wrażeniem, ile pogardy i wzburzenia zebrało się we mnie przez te trzy lata, kierowanej do jednej, jedynej osoby. Do niedawna nie wiedziałem, że człowiek może trzymać w sobie tyle złości i nienawiści, a potem wylać to wszystko w stronę JEDNEGO człowieka. Osiągnąłem zamierzony skutek:
– Nie pokazuj się tutaj więcej, nigdy! Jeśli się tu pojawisz, to się źle skończy. Żegnam, panie Smulewicz.
– Spoko, na razie, pajacu.
Działałem wbrew jakimkolwiek zasadom. Byłem sobą. Kurwa… Teraz byłem sobą bez pracy. Tego nie da się ukryć. Otworzyłem klatkę, sam, bez niczyjej pomocy, ale przecież nikt nie nauczył mnie latać. Zawsze najpierw zrobię potem pomyślę, okrutna cecha ludzi, którzy dali się wciągnąć w szybkość XXI wieku. Wrócę do domu, zjem coś i się położę. Nie będzie dzisiaj telewizji, czipsów i piwa – całkowity performance pochłonie wiele dotychczasowych nawyków. Niesamowite… wstałem jako buntownik przeciw temu, co wydawało mi się hamulcami i mnie ograniczało, a idę spać jako człowiek bez ograniczeń, bez hamulców, który nawet nie wie jak się jeździ i dokąd ma jechać. Kiepski ze mnie negocjator…

Przyjaciół miałem wielu, jeszcze trzy lata temu. Zastanawiałem się nad tym, ilu z nich mi zostało? Wstając rano i paląc papierosa (nie paliłem przez rok, jako wolny człowiek mogę zapalić, prawda? Głos sumienia chwilę pojęczy… a co mi tam, i tak brzmi jakby nie miał mutacji), rozsiadając się na niewygodnym kuchennym krześle, starałem się sobie przypomnieć imiona ludzi, z którymi spędzałem każdą wolną minutę. Dałem sobie chyba najtrudniejsze zadanie w życiu od razu po zwolnieniu się z pracy w dość infantylny sposób. Przyjaźń kiedyś była dla mnie cenniejsza niż złoto. Dziś to tylko słowo znane z telewizyjnych oper mydlanych i brazylijskich „łzopędnych” tasiemców. Wyciągnąłem notes, wertowałem kartki w poszukiwaniu danych. Parę imion wydawało się znajomych, więc zabrałem się za obdzwanianie. „Abonament ma wyłączony telefon, lub jest poza zasięgiem sieci”, „podany numer nie istnieje” – no ładnie, Smulewicz. To będzie jednak trudniejsze niż myślałeś. Zostały Ci trzy ostatnie numery, a powoli Twoja misja zamienia się w rosyjską ruletkę. W jednym z wybranych numerów sygnał gwałtownie przywrócił mnie do życia, brzmiąc równomiernie jak tętno. W słuchawce odezwał się męski głos, niepewnie zaczynając rozmowę:
– Halo?
– Adi?
– Tak, a kto mówi? – odpowiedział z lekką nutą wątpliwości.
– No witaj, Mariusz z tej strony, nie poznajesz?
Nastała chwila ciszy. Nie wiedziałem, czym mam coś dopowiedzieć, czy może lepiej milczeć? Myśli rozwiała odpowiedź:
– Smulewicz?
– Tak, poznajesz mnie, mordo?
– Pewnie, że Cię poznaję! Nie odzywałeś się… Z trzy lata?
Trzy lata… Magiczne trzy lata odcięcia się od rzeczywistości i przeprowadzka do Wrocławia jednak sporo zmieniły w moim jakże szlachetnym życiu. Mogłem się tylko śmiać z siebie w tej sytuacji, przygryzając lekko usta i myśląc o tym, że to jednak nie sen, że trzy lata poza „domem” są jednak rzeczywistością, rzeczywistością przez którą nie mogłem okłamać samego siebie.
– No, gdzieś tyle będzie. Zaszyłem się we Wrocławiu, po akcji z rodzicami i wyrzuceniem ze szkoły. Skończyłem osiemnaście lat i uciekłem, gdy tylko miałem okazję… Jak tam żyjesz, jak zdrowie, co porabiasz?
– Żyję – rzucił niedbale, jakby czekał na dalszą część streszczenia moich ostatnich trzech lat – lepiej opowiadaj, co u Ciebie?
– Nic takiego, naprawdę. Aktualnie, od wczoraj, jestem bez pracy, wiesz, taki wolny człowiek ze mnie i pomyślałem, że warto byłoby się odezwać, prawda?
– Warto? Wypadało wcześniej… Słyszałeś o tym?
– O czym? – odpowiedziałem nie ukrywając zdziwienia.
– To Ty nic nie wiesz…? I tak byś się z czasem dowiedział… Cztery miesiące temu umarł Papryś. Miał powikłanie raka, którego mu wycinali kiedyś i zmarł w szpitalu. Nie dało się go uratować.
Byłem w szoku. Nie, szok to za mało powiedziane. Nie potrafiłem złapać tchu, starałem się opanowywać i powoli przetrawiać informację, których nigdy w życiu nie chciałem słyszeć. Tak naprawdę, to może egoistyczne, ale wolałbym koniec świata, niż śmierć bliskiej osoby. Poświęciłbym siedem miliardów ludzi za jednego człowieka. Prawdopodobnie, gdybyśmy licytowali życie bliskiej osoby (absurdalne, ale w tej sytuacji żadna myśl mnie już nie zdziwi), nikt nie dałby wiele, bo wartość taka jak przyjaźń upadła od razu po miłości, dawno, dawno temu.. Mogłoby się to wydawać przesadą, ale to bliskim zawdzięczam fakt, że jestem w dobrej kondycji psychicznej i mam mocne, rozsądne fundamenty. Wspierali mnie, gdy inni wbijali mi nóż w plecy, dostawałem od nich lekcję, gdy to ja chciałem go wbić. Nie dowierzając jeszcze do końca, starałem się racjonalnie udowodnić, że Papryś żyje i ma się dobrze. Przecież był… znaczy jest najsilniejszą osobą, jaką znam, nie było przeciwności, której by nie pokonał. Może to niesmaczny żart? Ale kurwa, do Prima Aprilis jeszcze dwa i pół miesiąca…
– Nie mogę w to uwierzyć… To przecież niemożliwe… Ze wszystkich ludzi On?
– Też nie mogłem w to uwierzyć… Boisko bardzo przeżyło to wydarzenie, na początku trochę nas zżyło, ale wiesz… Tak było na początku, teraz nie mamy ze sobą kontaktu…
– Pytania o pogrzeb byłyby teraz nie na miejscu… A co u ludzi z Boiska? – próbowałem zmienić temat.
– Każdy ma własne życie… Artur ma narzeczoną, nie mieszka w Zielonej Górze a w Szczecinie i tak studiuje na AWF, Paweł został artystą i aktualnie wystawia swoje prace gdzieś w Polsce, Berol studiuje w Poznaniu prawo, Maniek kontynuuje swoje studia… A z resztą nie mam kontaktu.
– Rozumiem… Przyjadę jutro do Zielonej, Papryś jest pochowany w…?
– W Kisielinie, obok swojej babci.
– No, to chociaż ma towarzystwo – próbowałem się jakoś pocieszyć, ale nawet czarny humor mi nie wychodził.
– Taa… Odezwij się, jak będziesz, dobra?
– Odezwę się. Nie wiem, o której przyjadę. Pracujesz gdzieś, czy coś takiego, by nie było, że jesteś zajęty?
– Nie chcesz odwiedzić domu, co?
– Powiedzmy, że trochę mi nieśpieszno tam. Więc, co jutro robisz?
– Kończę o osiemnastej pracę.
– Dobra, dam Ci znać dokładnie, o której się pojawię. Trzymaj się, mordo, cześć!
– No, Ty też się trzymaj, do jutra!
Chyba nie pogodzę się tak łatwo z tą myślą. Była abstrakcyjna, za bardzo nienormalna, niemożliwa, żeby przyjąć ją w miarę spokojnie. Mój dotychczasowy spokój i wolność zamieniły się w nostalgię i natłok myśli. Rozłączając rozmowę, stwierdziłem, że tak na prawdę to był mój jedyny kontakt z rzeczywistością. Tu we Wrocławiu nie było mojej rzeczywistości. Była Ona tam, gdzie się wychowałem, stawiałem pierwsze kroki, gdzie miałem tonę długów, problemów, wspomnień… Tutaj to była tylko imitacja, szklana bańka oddzielająca mnie od świata, który mnie przerósł. Jutro wracam do tego świata. Nie jest mi obcy, ale wywołuje strach, jakbym miał być tam pierwszy raz i się od razu w nim zgubić. Heh, wspomnienia wracają.